Postanowiłam i ja zrobić candy - trzeba się podzielić takimi ślicznościami, które sama własnymi rękoma pofarbowałam:-)
Wełenka to organic ultrafine merino 4 ply długość 400 m 100 g, którą pokazywałam w poprzednim poście. Jest delikatna, mięciutka - a dzierga się z niej bosko:-))) Wybrałam piękny pomarańcz, bo mamy lato a to teraz najmodniejszy kolorek:-) Trudno mi zrobić zdjęcie które oddałoby piękno i głębię kolorów - mam nadzieję, że zwycięska osoba będzie równie zachwycona co ja:-)
ZASADY:
- należy umieścić komentarz pod tym wpisem
- jeśli ktoś ma bloga którego nie mam jeszcze w zakładce to proszę podać adres bloga
- informację o candy proszę umieścić na swoim blogu
- losowanie 15 lipca
- zwycięzca ma dwa dni na skontaktowanie się ze mną mailem /czyli do 17 lipca wieczorem/
Dodatkowo jeśli szczęśliwa osoba będzie miała chęć - może dokupić sobie dodatkowy moteczek - ale tylko jeśli będzie miała ochotę:-) - bez żadnego namawiania z mojej strony:-)
Jeśli ktoś na chętkę - może zakupić inny kolor merino - zapraszam do poprzedniego posta, tam są pokazane inne śliczności:-)
Gocha - dzięki, zapraszam na candy:-)
Pimposhko, Basiu - dziękuję:-)
Malaala - dzięki, życzę Ci wspaniałych wakacji w rodzinnym gronie:-)
Mały apdejt dla Doroty - jeśli ktoś nie ma bloga, to proszę podać maila:-)
środa, 29 czerwca 2011
czwartek, 23 czerwca 2011
Farbowanie wełny
chodziło za mną od dawna... przyznam, że to niesamowita sprawa - zrobić sobie wełnę w wymarzonym kolorze:-) szperałam na wielu blogach /Waszych też Drogie Czytelniczki - przyznaję się bez bicia:-)))/, na necie... i w końcu... pod czujnym okiem Wspaniałego Mentora... zakupiwszy uprzednio wełnę, farbki, narzędzia przystąpiłam do farbowania i...
ta daam
przedstawiam cudne organic ultrafine merino długość 400 m/100g, 4ply, mięciutkie, puszyste, w dotyku rewelacja, w dzierganiu - po prostu niesamowita przyjemność:-)))
I po kolei:
to piękny stalowy kolor - taki jasny niebieski, wełna jest wspaniała, mięciutka i co dziwne /dla mnie jako początkującego/ - po wyjęciu z paczki pięknie pachniała a nie "zalatywała po owczemu":-) pewnie merino tak ma- to moje pierwsze merino - dlatego moje zdziwienie, bardzo pozytywne zresztą
tu piękny niebieski a raczej dżinsowy kolorek, eh - trudno uchwycić kolory, na żywca są piękniejsze, kolor ma taką głębię, miejscami jaśniej - ale to w nim jest super
tu szary, troszkę melanżowy ale na zdjęciu trudno to wychwycić, próbowałam 2 kolorów
tu przepiękna lawenda, hm - chyba moja ulubiona, zresztą od lat uwielbiam wszystko co z lawendą związane
tu już mój majstersztyk - purpura i vermillion w pięknym połączeniu /motek sprzedany/
tu złoto Azteków połączone z orzechowym - dla mnie jak mieszanka cynamonu ze złotem
piękna pomarańcza w dwóch odcieniach - uzyskana przez różne nasycenie
UWAGA - ten motek jest przeznaczony na moje candy
i na koniec - Mirella la malina - kolor zasugerowany przez moją siostrę Mirelę, która mi dzielnie kibicuje mimo odległości:-) /motek sprzedany/
Jest jeszcze mleczna czekolada - ale nie miałam wcześniej motowidła więc przewinęłam ją w kulkę i już coś z niej robię - ale o tym następnym razem:-)
Co do motowidła - rany, jakie to mądre urządzonko a takie proste - sama kwintesencja praktyczności, przyjemnie trzymać je w ręku choć później łapki bolą...
Postanowiłam sprzedać te piękne cuda, choć już ponad tydzień są ze mną i dopiero dojrzałam do rozstania:-)
UWAGA - OBNIŻKA CEN WEŁENEK:-)))
Cena to 10 funtów lub 45 zł, przesyłka w Anglii 1,5 funta, do Polski 15 zł. W przypadku, gdyby ktoś miał ochotę na więcej niż jeden - koszty przesyłki będą kalkulowane mejlowo:-)
Jeśli wełenki znajdą nowe kochające domki - będzie mi bardzo ale to bardzo miło:-) będę mogła w przyszłości zaoferować farbowanie na życzenie:-)
Jeśli zajdą się chętne osoby na wełenkę - proszę pisać na mejla:-)
Pozdrawiam wszystkich letnio:-))) nie, że tak chłodno tylko lato już mamy, hurrraaaa!!!
Gocha - oj tak, to prawda, najprzyjemniej dzierga się swoim skarbom:-)))
Malaala - dziękuję, faktycznie powoli przekonuję się do ażurów:-) fajnie za to dłubać prościznę w kolorkach, no a na słoneczku to dopiero przyjemność:-)
ta daam
przedstawiam cudne organic ultrafine merino długość 400 m/100g, 4ply, mięciutkie, puszyste, w dotyku rewelacja, w dzierganiu - po prostu niesamowita przyjemność:-)))
I po kolei:
to piękny stalowy kolor - taki jasny niebieski, wełna jest wspaniała, mięciutka i co dziwne /dla mnie jako początkującego/ - po wyjęciu z paczki pięknie pachniała a nie "zalatywała po owczemu":-) pewnie merino tak ma- to moje pierwsze merino - dlatego moje zdziwienie, bardzo pozytywne zresztą
tu piękny niebieski a raczej dżinsowy kolorek, eh - trudno uchwycić kolory, na żywca są piękniejsze, kolor ma taką głębię, miejscami jaśniej - ale to w nim jest super
tu szary, troszkę melanżowy ale na zdjęciu trudno to wychwycić, próbowałam 2 kolorów
tu przepiękna lawenda, hm - chyba moja ulubiona, zresztą od lat uwielbiam wszystko co z lawendą związane
tu już mój majstersztyk - purpura i vermillion w pięknym połączeniu /motek sprzedany/
tu złoto Azteków połączone z orzechowym - dla mnie jak mieszanka cynamonu ze złotem
piękna pomarańcza w dwóch odcieniach - uzyskana przez różne nasycenie
UWAGA - ten motek jest przeznaczony na moje candy
i na koniec - Mirella la malina - kolor zasugerowany przez moją siostrę Mirelę, która mi dzielnie kibicuje mimo odległości:-) /motek sprzedany/
Jest jeszcze mleczna czekolada - ale nie miałam wcześniej motowidła więc przewinęłam ją w kulkę i już coś z niej robię - ale o tym następnym razem:-)
Co do motowidła - rany, jakie to mądre urządzonko a takie proste - sama kwintesencja praktyczności, przyjemnie trzymać je w ręku choć później łapki bolą...
Postanowiłam sprzedać te piękne cuda, choć już ponad tydzień są ze mną i dopiero dojrzałam do rozstania:-)
UWAGA - OBNIŻKA CEN WEŁENEK:-)))
Cena to 10 funtów lub 45 zł, przesyłka w Anglii 1,5 funta, do Polski 15 zł. W przypadku, gdyby ktoś miał ochotę na więcej niż jeden - koszty przesyłki będą kalkulowane mejlowo:-)
Jeśli wełenki znajdą nowe kochające domki - będzie mi bardzo ale to bardzo miło:-) będę mogła w przyszłości zaoferować farbowanie na życzenie:-)
Jeśli zajdą się chętne osoby na wełenkę - proszę pisać na mejla:-)
Pozdrawiam wszystkich letnio:-))) nie, że tak chłodno tylko lato już mamy, hurrraaaa!!!
Gocha - oj tak, to prawda, najprzyjemniej dzierga się swoim skarbom:-)))
Malaala - dziękuję, faktycznie powoli przekonuję się do ażurów:-) fajnie za to dłubać prościznę w kolorkach, no a na słoneczku to dopiero przyjemność:-)
poniedziałek, 30 maja 2011
Wróciła
moja wena - hm... najpierw powoli się skradała, aż w końcu natchnęła mnie znowu:-)
To z wczoraj - na spacerze w parku. Przy okazji można zobaczyć trochę zielonego swetra "na ludziu", inne zdjęcia mi się nie podobały więc wykasowałam. Mój malutki pomocnik właśnie skrada się do plecaka, w którym jest ukryta torba z drutami, nożyczkami, markerami i innymi super pomocami:-)
A tu już Ula buszuje w plecaku mamy:-)
To co dłubię to taka bluzeczka /miała być dłuższa tunika ale włóczki resztka, ehhh sztukowałam przy zakończaniu ze znalezionych nitek/. Będzie pasowała do tego sweterka zrobionego wcześniej /i pokazywanego/
A tu bluzeczka "na ludziu"
Tak, wiem że mało widać - niestety pomimo wielu podejść razem z Panem Tatą nie udało się zrobić sensownych zdjęć - Mały Ludzik skakał i tańczył na łóżku, a przy próbach unieruchomienia wydawał dzikie wrzaski:-) zdjęcia wyszły strasznie rozmyte, jedynie to jako tako się nadawało.
Dlatego zrobiłam zdjęcia na plaskacza razem z kolejną popełnioną kilka dni wcześniej zieloną bluzko-kamizelką podomową
Zielone coś już wytyrane, idealne do biegania - dosłownie! po domu i ogródku - 20% wełny, reszta akryl. Zrobiłam Uli w zeszłym roku zielony sweterek, wyrosła z niego a ja znalazłam mały kłębek i zaczęłam robić to co powyżej. W trakcie zbrakło /taki los/ sprułam więc sweterek, żeby dosztukować. No i ta spruta jakaś taka wymęczona, wymamłana, łysa, zrobiłam tylko ściągacze bo nie mogłam na to patrzeć. Ehhh, taki urok akrylu... A to wrzosowo-lawendowe to akryl tyż - jakieś resztki wciąż się bląkają po domu, postanowiłam je wykorzystać na takie duperele, żeby nie zajmowały miejsca, nie drażniły, a przy okazji - żeby moja młodsza latorośl miała w czym tyrać po domu.
Dziś byliśmy na spacerze w Central Parku /ha ha - jak w Nowym Jorku:-)/, a dziecię moje tak dzielnie biegało za piłką:-) Tiam, beretka wygląda kosmicznie /przez ciągłe naciąganie jej na twarz przez Ulę - czytaj Ula robi a-kuku i się chowa/ spada jej na oczy, zresztą jest notorycznie ściągana i rzucana bezwstydnie na ziemię.
Na spacerze przez chwilkę cupnęłam sobie na trawie i machnęłam kilka rzędów kolejnego sweterka - włóczka Sarayali - mam z niej tęczowy sweterek, druty nr 6 - ha! to będziemy miały takie same sweterki:-)
No to tyle - teraz już będzie lepiej, a niedługo pokażę, nad czym od dawna myślałam, dumałam - i co wymyśliłam - ale to na razie niespodzianka:-)
Malaala - włóczka to kupiona w Anglii mieszanka z 30% wełny, taki kolorowy melanż, połączona z Pearl koloru oliwki /stare zapasy z Polski/. Mnie jakoś nie przeraża wypruwanie takich warkoczy, natomiast Twoje ażury przyprawiają mnie zawsze o gęsią skórkę:-) ja się ich jakoś tak boję, czy coś... hm
ale w końcu zrobiłam coś z dziurami, i w dodatku to jest skończone i mam nadzieję, że będzie noszone /myślę o tej bluzeczce powyżej:-)/ pozdrawiam cieplutko
Ann - dziękuję za odwiedziny i zapraszam serdecznie:-) włóczka - jak pisałam już wyżej - to mix Pearl z kolorową cienizną, zresztą wydaje mi się że cały urok tkwi w "wywróceniu" swetra lewymi oczkami na zewnątrz, wcześniej robiony na gładko nie podobał mi się. pozdrawiam:-)
Basiu - dziękuję, w końcu polubiłam ten sweter - po przerobieniu. Nerwy to masz Ty Kochana - jedziesz w samochodzie i od niechcenia machasz sobie Abrazo - szacun:-)
Tkaitko - dziękuję:-)
To z wczoraj - na spacerze w parku. Przy okazji można zobaczyć trochę zielonego swetra "na ludziu", inne zdjęcia mi się nie podobały więc wykasowałam. Mój malutki pomocnik właśnie skrada się do plecaka, w którym jest ukryta torba z drutami, nożyczkami, markerami i innymi super pomocami:-)
A tu już Ula buszuje w plecaku mamy:-)
To co dłubię to taka bluzeczka /miała być dłuższa tunika ale włóczki resztka, ehhh sztukowałam przy zakończaniu ze znalezionych nitek/. Będzie pasowała do tego sweterka zrobionego wcześniej /i pokazywanego/
A tu bluzeczka "na ludziu"
Tak, wiem że mało widać - niestety pomimo wielu podejść razem z Panem Tatą nie udało się zrobić sensownych zdjęć - Mały Ludzik skakał i tańczył na łóżku, a przy próbach unieruchomienia wydawał dzikie wrzaski:-) zdjęcia wyszły strasznie rozmyte, jedynie to jako tako się nadawało.
Dlatego zrobiłam zdjęcia na plaskacza razem z kolejną popełnioną kilka dni wcześniej zieloną bluzko-kamizelką podomową
Zielone coś już wytyrane, idealne do biegania - dosłownie! po domu i ogródku - 20% wełny, reszta akryl. Zrobiłam Uli w zeszłym roku zielony sweterek, wyrosła z niego a ja znalazłam mały kłębek i zaczęłam robić to co powyżej. W trakcie zbrakło /taki los/ sprułam więc sweterek, żeby dosztukować. No i ta spruta jakaś taka wymęczona, wymamłana, łysa, zrobiłam tylko ściągacze bo nie mogłam na to patrzeć. Ehhh, taki urok akrylu... A to wrzosowo-lawendowe to akryl tyż - jakieś resztki wciąż się bląkają po domu, postanowiłam je wykorzystać na takie duperele, żeby nie zajmowały miejsca, nie drażniły, a przy okazji - żeby moja młodsza latorośl miała w czym tyrać po domu.
Dziś byliśmy na spacerze w Central Parku /ha ha - jak w Nowym Jorku:-)/, a dziecię moje tak dzielnie biegało za piłką:-) Tiam, beretka wygląda kosmicznie /przez ciągłe naciąganie jej na twarz przez Ulę - czytaj Ula robi a-kuku i się chowa/ spada jej na oczy, zresztą jest notorycznie ściągana i rzucana bezwstydnie na ziemię.
Na spacerze przez chwilkę cupnęłam sobie na trawie i machnęłam kilka rzędów kolejnego sweterka - włóczka Sarayali - mam z niej tęczowy sweterek, druty nr 6 - ha! to będziemy miały takie same sweterki:-)
No to tyle - teraz już będzie lepiej, a niedługo pokażę, nad czym od dawna myślałam, dumałam - i co wymyśliłam - ale to na razie niespodzianka:-)
Malaala - włóczka to kupiona w Anglii mieszanka z 30% wełny, taki kolorowy melanż, połączona z Pearl koloru oliwki /stare zapasy z Polski/. Mnie jakoś nie przeraża wypruwanie takich warkoczy, natomiast Twoje ażury przyprawiają mnie zawsze o gęsią skórkę:-) ja się ich jakoś tak boję, czy coś... hm
ale w końcu zrobiłam coś z dziurami, i w dodatku to jest skończone i mam nadzieję, że będzie noszone /myślę o tej bluzeczce powyżej:-)/ pozdrawiam cieplutko
Ann - dziękuję za odwiedziny i zapraszam serdecznie:-) włóczka - jak pisałam już wyżej - to mix Pearl z kolorową cienizną, zresztą wydaje mi się że cały urok tkwi w "wywróceniu" swetra lewymi oczkami na zewnątrz, wcześniej robiony na gładko nie podobał mi się. pozdrawiam:-)
Basiu - dziękuję, w końcu polubiłam ten sweter - po przerobieniu. Nerwy to masz Ty Kochana - jedziesz w samochodzie i od niechcenia machasz sobie Abrazo - szacun:-)
Tkaitko - dziękuję:-)
środa, 11 maja 2011
Aukcja charytatywna u Pimposhki!!!
Kochani, zajrzyjcie koniecznie na bloga Pimposhki - piękny cel aby pomóc Pauli, młodej dziewczynie, którą dopadła straszna choroba...
tu link do Pimpohki http://pimposhka.blogspot.com/2011/05/pomoc-potrzebna-od-zaraz.html, a tu do Pauli http://paulapruska.blogspot.com/
Na razie tyle, jak znajdę chwilkę to napiszę co tam u mnie:-)
Pozdrawiam Wszystkich cieplutko:-)
tu link do Pimpohki http://pimposhka.blogspot.com/2011/05/pomoc-potrzebna-od-zaraz.html, a tu do Pauli http://paulapruska.blogspot.com/
Na razie tyle, jak znajdę chwilkę to napiszę co tam u mnie:-)
Pozdrawiam Wszystkich cieplutko:-)
sobota, 30 kwietnia 2011
Eliza
to tunika, o której sama już zapomniałam, już poszła sobie w świat, to znaczy kilka domów dalej:-) dałam ją w prezencie Emilii, mojej sąsiadce Polce - no musiałam, bo na Emilii super leżała, na mnie już gorzej...
No więc wyprułam cały warkocz i powoli zaczęłam go poprawiać, o tak
No tak, wiem, że wygląda to dziwacznie jak sweter wisi na krzaczku ale na plaskacza nie chciałam, a na ludziu nie było komu zrobić.
Najważniejsze, że w końcu lubię swój sweter, jest cieplutki i przyjemny w noszeniu.
To na dziś wszystko, bardzo dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam serdecznie:-)
Theli - nareszcie udało mi się dodać u Ciebie komentarz, hurrra:-)
Malaala - dzięki, że wytrwałaś do końca posta:-) ehhh, no ja też mam słabość do wszystkich futrzaków, a one to chyba wyczuwają, bo zawsze przyplącze się jakiś kotek albo piesek do pogłaskania:-) a koty sąsiadów to na bezczela codziennie przychodzą na chrupki /tak kurtuazyjnie, zjadają po kilka:-)/, podrapanie za uszkiem, a nawet wbijają się do domu:-) spokojnie, Gibcio czuwa:-)
Pimposhko - masz rację, posiadanie zwierzaka to prawdziwa przyjemność, taka wspaniała zwierzęca milość i ufność w zamian za dobre serce jest nie do zmierzenia:-) ale zarazem to ogromny obowiązek, a Wy oboje tacy zabiegani... może jak kiedyś powiększycie Swoją rodzinkę to i zwierzaczek jakiś z Wami zamieszka:-)
Basiu - kibicuję Ci w oczekiwaniu za kociaka, na pewno będzie przesłodziasty:-) już sobie wyobrażam, jak mała puchata kulka poluje na Twoje ruszające się kłębki:-)))
Później zabrałam się w końcu za zieloną tunikę, którą zrobiłam jakiś czas temu , o tutaj http://drutynadoceanem.blogspot.com/2011/02/dzisiaj-troszke-fotek.html
Jakoś mnie cały czas wkurzała, bo to rozcięcie zrobiłam za duże z przodu, a boki zrobione francuzem podwijały się ciągle do środka, no i czułam się w niej niekomfortowo.
Dumałam długo i postanowiłam skorzystać ze wzoru Doroty http://swetrydoroty.blogspot.com/2011/02/kakao-z-wanilia-powsta.html
Ehhh, też ciężko było, bo kombinowałam z tym pływającym na plecach warkoczem ale zanim w końcu wykminiłam, o co biega - nawaliłam tyle błędów, że mnie kłuły w oczy
Z efektu końcowego jestem zadowolona, najlepsze było, że robiąc nowy sweter na bieżąco prułam tunikę. Zaczęłam jednak od pozostałych 2 motków włóczki i tym sposobem pozostał mi smutny taki krótki kadłubek tuniki.
A nowy sweter prezentuje się tak
I jeszcze zbliżenia na warkocze z przodu i tyłuNo tak, wiem, że wygląda to dziwacznie jak sweter wisi na krzaczku ale na plaskacza nie chciałam, a na ludziu nie było komu zrobić.
Najważniejsze, że w końcu lubię swój sweter, jest cieplutki i przyjemny w noszeniu.
To na dziś wszystko, bardzo dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam serdecznie:-)
Theli - nareszcie udało mi się dodać u Ciebie komentarz, hurrra:-)
Malaala - dzięki, że wytrwałaś do końca posta:-) ehhh, no ja też mam słabość do wszystkich futrzaków, a one to chyba wyczuwają, bo zawsze przyplącze się jakiś kotek albo piesek do pogłaskania:-) a koty sąsiadów to na bezczela codziennie przychodzą na chrupki /tak kurtuazyjnie, zjadają po kilka:-)/, podrapanie za uszkiem, a nawet wbijają się do domu:-) spokojnie, Gibcio czuwa:-)
Pimposhko - masz rację, posiadanie zwierzaka to prawdziwa przyjemność, taka wspaniała zwierzęca milość i ufność w zamian za dobre serce jest nie do zmierzenia:-) ale zarazem to ogromny obowiązek, a Wy oboje tacy zabiegani... może jak kiedyś powiększycie Swoją rodzinkę to i zwierzaczek jakiś z Wami zamieszka:-)
Basiu - kibicuję Ci w oczekiwaniu za kociaka, na pewno będzie przesłodziasty:-) już sobie wyobrażam, jak mała puchata kulka poluje na Twoje ruszające się kłębki:-)))
czwartek, 14 kwietnia 2011
Gibcio i Spółka
będzie dziś bohaterem posta:-)
Ale od początku.... gdy pracowałam w Polsce jeszcze w poprzedniej firmie /budowlanej oczywiście/, jeden z naszych praktykantów o wdzięcznym przezwisku Ufo:-) /przemiły człopak zresztą/ usłyszał przypadkiem jak zachwycałam się szczeniaczkami jednej pani. Pani od razu chciała mi wtrynić szczeniaka /i pewnie by jej się udało, bo ja to takie "miętkie" serce mam do zwierzaczków wszelkich ale wkroczył Ufo i stwierdził, że pani kierownik /czyli ja:-)/ już będzie miała kotka od niego /dokładnie od jego dziewczyny/. Zbaraniałam, a Ufo mnie delikatnie odszczwendaczył na bok i dalej mnie molestować - pani weźmie kotka, taki mały kotek, nikt go nie chce, a jak pani go nie weźmie to będę go musiała utopić - no w końcu zaczął mnie brać na litość:-) to się zgodziłam pod warunkiem, że kotka wezmę po powrocie z urlopu /wyjazd nad morze:-). Tiam, ledwie się pojawiłam z powrotem w pracy, Ufo nie odstępował mnie na krok. Co było począć - poszłam do ściany płaczu /bankomatu/, potem do zoologicznego, zakupiłam kosz piękny wiklinowy, wypasioną kuwetę zamykaną z drzwiczkami:-), miseczki, zabaweczki, chrupeczki i inne duperele. Wydałam yyyyyyyy, nieważne. Dałam cynk, że jestem gotowa, po pracy podjechała przyszła teściowa Ufa z kotkiem w pudełku, ja otwarłam bagażnik a ta zaczęła piać, że nie przypuszczała, że kotek to tak dobrze trafi /naczy się będzie miał takie wyposażenie:-) Zabronili mi otwierać pudełko, żeby rzeczony nie zwiał i tak pojechałam do domu - z kotem w przysłowiowym worku. Było bliziutko na szczęście, bo już się martwiłam o kolesia w bagażniku. Po przyjściu do domu moim oczom ukazał się czarny pokurcz /fajnie, że czarny/, strasznie wydygany. Miał być facet więc dostał imię Leon, tiam, później wydało się że Leon jest płci przeciwnej i przemianowałam delikwentkę na Lilusię. Przyznam, że Lilusia była wyjątkowym kotem, rozumiała mnie bez słów,a jak było mi smutno to lizała mnie po policzku - słowo daję, lepsza od psa.
Miała niesamowite oczy:-)))
A tu udaje, że nikt jej nie widzi:-)))
Pamiętam jak raz wylazła na zewnątrz na parapet /dosłownie chwilka mojej nieuwagi/ i spadła z I piętra - na szczęście na miękką trawę - zniknęła mi gdzieś, szukałam jej cały dzień, łaziłam po całym osiedlu /no nie uwierzycie ile spotkałam czarnych bezdomnych kotów... okaleczone, chore, a garnęły się do mnie jak głupie... aż serce ściskało.../. Nawet polazłam obok do sklepu i poprosiłam kumpelę, żeby mi pozwoliła wywiesić w swoim sklepie ogłoszenie /jej miny nie będę komentować/. Wyobraźcie sobie, przed wejściem do domu postanowiłam zrobić jeszcze jedną rundę wokół bloku i... ta dam - Lilusia zamiauczała z piwnicy! wlazła przez jakieś uchylone okienko i wydygana czekała na mnie. Ale była radość obopólna:-))) Lulisia mnie nie odstępowała na krok - dosłownie!.
Później przeprowaziłam się do własnego miaszkania /też I piętro/ z dużym balkonem, na którym Lilusia uwielbiała przesiadywać. Niestety nabrała głupiego zwyczaju uciekania na zewnątrz, co przyprawiało mnie o gęsią skórkę - bałam się, że ktoś może ją skrzywdzić, za oknem były działki, zielono - to szalała. Wtedy podjęłam decyzję o sterylizacji - nieprzyjemnie ale konieczne, zwłaszcza, że zaczęła strasznie brudzić i koncertować po nocach. I tak dalej sobie mieszkałyśmy, aż pewnego razu....
było to 2 lata temu w Dzień Zaduszny późnym wieczorem /2 listopada/, wracałam z odwiedzin u babci w Brennej i nagle zobaczyłam, jak jeep potrącił kota i pojechał se w d.... Wkurzyłam się, zatrzymałam /kot leżał na jezdni i ktoś zaraz mógł go dobić/, podbiegłam, a ten skubaniec fuczał i skakał przy każdej próbie dotknięcia. Podjęłam szybką decyzję, łap kota za ogon, przeciągnęłam na pas zieleni i poleciałam do sklepu obok po pudełko. Przełożyłam skubańca i dalej szukać weterynarza... szkoda gadać, wszystko pozamykane /niedziela przecie/, a wiejski weterynarz pojechał gdzieś do cielnej krowy. Gdy tak sobie jeździliśmy usłyszałam nagle dziwny dźwięk, zatrzymałam się, słucham - a ten się rozwalił w pudełku i mruczy zadowolony:-) To se myślę - nie jest źle, może do jutra wytrzyma a rano skoczymy do naszego ulubionego weterynarza, który zajmował się Lilusią. Noc była przezabawna - Lilusia się oczywiście obraziła i poszła sobie a ja zabrałam małego do sypialni, żeby go nie uszkodziła z zazdrości. A młody - ledwie drepcząc nieporadnie wciąż wskakiwał mi na łóżko /a raczej wczołgiwał/ i przytulał się do mnie, brudasek mały. W końcu się poddałam i zasnęliśmy. Rano zostawiłam go na obserwacji w lecznicy dzwoniąc co chwila, co z nim. W środę mogłam go już zabrać - ma uszkodzony błędnik i do dziś troszkę śmiesznie przekrzywia głowę, a poza tym lekarze stwierdzili, że nic mu nie będzie. Noooo, od razu była kąpiel /kurde, jeszcze tak brudaśnego kota to nie widziałam - bidulek, pewnie nikt o niego nie dbał/. Na początku się śmiesznie kiwał ale z czasem przestosował się i teraz śmiga po płotach jak kozica:-) No i został Gibciem, bo w lecznicy z tego gibania się na boki ochrzczono go Gibonem, ja go przemianowałam na Gibka /były takie lody, które pod wpływem ciepła robiły się galaretkowate i gibające:-), Zuzia mówi na niego Gibcio, Gibunia, ja - jak się wkurzę - wołam Gibas, albo Gibulson, Jacek go zwie Mistrzunio, a Ulka - Iciek:-) /no ale Ula ma dopiero 15 miesięcy/. Na każdą ksywkę reaguje bezbłędnie - i muszę się pochwalić - mnie najbardziej kocha, słucha i daje się miętosić namiętnie /ale dobrze wie skubany, że ja też go uwielbiam/. Gibek został również wykastrowany, dostał własny zestaw /kosz, kuweta, miseczki/, jednak strasznie zrobił się bezczelny i używał Lilusiowego kosza, kuwety /ku oburzeniu Lilusi/, a nawet wyżerał jej z miseczki.
Tak najczęściej wyglądały moje poranki:-))) - widzicie te mordki? "ale o co kaman?"
Tutaj wspólne spanko - popołudniowa sjesta:-)
A tu Gibcio z Zuzią podczas "gniecenia":-)
I tak sobie mieszkaliśmy razem /Lilusia nadal zwiewała i codziennie musiałam po nią chodzić, Gibcio natomiast nie wystawiał nosa za balkon/, aż zaczął krążyć nade mną bocian i pojawiła się wizja wyjazdu do Anglii. Szukałam dobrych domów dla moich pieszczochów, Lilusia trafiła do kochającej rodziny /znajomi kumpeli/ mieszkającej pod Gliwicami w domu z ogrodem, ponoć żyje sobie jak pączek w maśle /kumpela sprawdzała i dawała mi znać, bo ją męczyłam:-)/. A Gibcia nikt nie chciał przygarnąć, więc mimo protestów rodziny i znajomych /no co ty - małe dziecko i kot!/, Gibcio dostał paszport, chipa i wszelkie potrzebne szczepionki włącznie z badaniem krwi /nie pytajcie ile to kosztowało:-)/. Zdecydowałam, że pojedziemy wszyscy razem wynajętym busem /przewożącym cały mój dobytek/, bo po pierwsze - boję się latać , w dodatku z małym dzieckiem, a po drugie -martwiłam się o Gibulsona. I tak Gibcio trafił na Wyspy, ma duży ogródek do biegania, a najlepsze... tak sie rozkręcił, że śmiga po całej okolicy, czym znów mnie przyprawia o gęsią skórkę. Ale i tak przychodzi na wieczorne przytulanki do swojej pańci, którą kocha bezgranicznie - widzę to w tych pięknych kocich oczach. Zresztą jest to miłość obustronna:-) Jest niesamowicie inteligentny, potrafi z mojej twarzy wyczytać, kiedy może wejść na kolana, kiedy przeskrobie i jest nie halo:-) uwielbia słowo "kiełbaska" i wtedy może sobie połamać łapki w locie - mowa o kiełbaskach dla kotów, a grzechot ulubionych chrupek przyciąga go do domu niewiadomo skąd:-)))
I tak sobie żyjemy, Gibcio jest bardzo grzeczny w stosunku do Uli, pozwala się dotykać, no - czasem pociągnąć lekko za ogonek, a nawet biega wokół niej po ogródku i podpuszcza, żeby Ulka go goniła:-) Tęsknię trochę za Lilusią ale powtarzam sobie, że jest szczęśliwa, a ja już nie miałam siły biegać po schodach z powiększającym się brzuszkiem, żeby ją przynosić z wypadów.
Tu Gibcio jeszcze w Polsce:-)
Gibcio z pańcią podczas wieczornych przytulanek:-) /właśnie odpływa ze szczęścia/
Na koniec tylko dodam, że planowałam mieć psa, a wyszło kocio:-) i teraz nie mogę Gibciowi robić konkurencji:-)
Pozdrawiam Wszyskich serdecznie, mam nadzieję, że dobrnęliście do końca bez zasypiania:-)
malaala - dziękuję za słowa pociechy, o Elizie jeszcze napiszę /poszła w dobre ręce/, a to czerwone z dołu to ulubione śmiganko Ulki:-) buziaki:-)
Basiu - dziękuję bardzo, hm - jak tu nie zakochać się w takiej buźce?:-) polecam - warto zafundować sobie takie Cudo, jeden uśmiech i objęcie malutkimi rączkami - a od razu znikają wszystkie smuteczki i zmęczenie:-)))
Theli - dzięki, no właśnie - Gibcio też tak uważa, że mu do twarzy, przepraszam - do pyszczka:-) o kurcze - nie mogę Ci dodać komentarza na Twoim blogu - co robię nie tak? zawiesza mi sie strona...
Pimposhko - dziękuję Ci:-) ano widzisz - mamy kota:-)
Ale od początku.... gdy pracowałam w Polsce jeszcze w poprzedniej firmie /budowlanej oczywiście/, jeden z naszych praktykantów o wdzięcznym przezwisku Ufo:-) /przemiły człopak zresztą/ usłyszał przypadkiem jak zachwycałam się szczeniaczkami jednej pani. Pani od razu chciała mi wtrynić szczeniaka /i pewnie by jej się udało, bo ja to takie "miętkie" serce mam do zwierzaczków wszelkich ale wkroczył Ufo i stwierdził, że pani kierownik /czyli ja:-)/ już będzie miała kotka od niego /dokładnie od jego dziewczyny/. Zbaraniałam, a Ufo mnie delikatnie odszczwendaczył na bok i dalej mnie molestować - pani weźmie kotka, taki mały kotek, nikt go nie chce, a jak pani go nie weźmie to będę go musiała utopić - no w końcu zaczął mnie brać na litość:-) to się zgodziłam pod warunkiem, że kotka wezmę po powrocie z urlopu /wyjazd nad morze:-). Tiam, ledwie się pojawiłam z powrotem w pracy, Ufo nie odstępował mnie na krok. Co było począć - poszłam do ściany płaczu /bankomatu/, potem do zoologicznego, zakupiłam kosz piękny wiklinowy, wypasioną kuwetę zamykaną z drzwiczkami:-), miseczki, zabaweczki, chrupeczki i inne duperele. Wydałam yyyyyyyy, nieważne. Dałam cynk, że jestem gotowa, po pracy podjechała przyszła teściowa Ufa z kotkiem w pudełku, ja otwarłam bagażnik a ta zaczęła piać, że nie przypuszczała, że kotek to tak dobrze trafi /naczy się będzie miał takie wyposażenie:-) Zabronili mi otwierać pudełko, żeby rzeczony nie zwiał i tak pojechałam do domu - z kotem w przysłowiowym worku. Było bliziutko na szczęście, bo już się martwiłam o kolesia w bagażniku. Po przyjściu do domu moim oczom ukazał się czarny pokurcz /fajnie, że czarny/, strasznie wydygany. Miał być facet więc dostał imię Leon, tiam, później wydało się że Leon jest płci przeciwnej i przemianowałam delikwentkę na Lilusię. Przyznam, że Lilusia była wyjątkowym kotem, rozumiała mnie bez słów,a jak było mi smutno to lizała mnie po policzku - słowo daję, lepsza od psa.
Miała niesamowite oczy:-)))
A tu udaje, że nikt jej nie widzi:-)))
Pamiętam jak raz wylazła na zewnątrz na parapet /dosłownie chwilka mojej nieuwagi/ i spadła z I piętra - na szczęście na miękką trawę - zniknęła mi gdzieś, szukałam jej cały dzień, łaziłam po całym osiedlu /no nie uwierzycie ile spotkałam czarnych bezdomnych kotów... okaleczone, chore, a garnęły się do mnie jak głupie... aż serce ściskało.../. Nawet polazłam obok do sklepu i poprosiłam kumpelę, żeby mi pozwoliła wywiesić w swoim sklepie ogłoszenie /jej miny nie będę komentować/. Wyobraźcie sobie, przed wejściem do domu postanowiłam zrobić jeszcze jedną rundę wokół bloku i... ta dam - Lilusia zamiauczała z piwnicy! wlazła przez jakieś uchylone okienko i wydygana czekała na mnie. Ale była radość obopólna:-))) Lulisia mnie nie odstępowała na krok - dosłownie!.
Później przeprowaziłam się do własnego miaszkania /też I piętro/ z dużym balkonem, na którym Lilusia uwielbiała przesiadywać. Niestety nabrała głupiego zwyczaju uciekania na zewnątrz, co przyprawiało mnie o gęsią skórkę - bałam się, że ktoś może ją skrzywdzić, za oknem były działki, zielono - to szalała. Wtedy podjęłam decyzję o sterylizacji - nieprzyjemnie ale konieczne, zwłaszcza, że zaczęła strasznie brudzić i koncertować po nocach. I tak dalej sobie mieszkałyśmy, aż pewnego razu....
było to 2 lata temu w Dzień Zaduszny późnym wieczorem /2 listopada/, wracałam z odwiedzin u babci w Brennej i nagle zobaczyłam, jak jeep potrącił kota i pojechał se w d.... Wkurzyłam się, zatrzymałam /kot leżał na jezdni i ktoś zaraz mógł go dobić/, podbiegłam, a ten skubaniec fuczał i skakał przy każdej próbie dotknięcia. Podjęłam szybką decyzję, łap kota za ogon, przeciągnęłam na pas zieleni i poleciałam do sklepu obok po pudełko. Przełożyłam skubańca i dalej szukać weterynarza... szkoda gadać, wszystko pozamykane /niedziela przecie/, a wiejski weterynarz pojechał gdzieś do cielnej krowy. Gdy tak sobie jeździliśmy usłyszałam nagle dziwny dźwięk, zatrzymałam się, słucham - a ten się rozwalił w pudełku i mruczy zadowolony:-) To se myślę - nie jest źle, może do jutra wytrzyma a rano skoczymy do naszego ulubionego weterynarza, który zajmował się Lilusią. Noc była przezabawna - Lilusia się oczywiście obraziła i poszła sobie a ja zabrałam małego do sypialni, żeby go nie uszkodziła z zazdrości. A młody - ledwie drepcząc nieporadnie wciąż wskakiwał mi na łóżko /a raczej wczołgiwał/ i przytulał się do mnie, brudasek mały. W końcu się poddałam i zasnęliśmy. Rano zostawiłam go na obserwacji w lecznicy dzwoniąc co chwila, co z nim. W środę mogłam go już zabrać - ma uszkodzony błędnik i do dziś troszkę śmiesznie przekrzywia głowę, a poza tym lekarze stwierdzili, że nic mu nie będzie. Noooo, od razu była kąpiel /kurde, jeszcze tak brudaśnego kota to nie widziałam - bidulek, pewnie nikt o niego nie dbał/. Na początku się śmiesznie kiwał ale z czasem przestosował się i teraz śmiga po płotach jak kozica:-) No i został Gibciem, bo w lecznicy z tego gibania się na boki ochrzczono go Gibonem, ja go przemianowałam na Gibka /były takie lody, które pod wpływem ciepła robiły się galaretkowate i gibające:-), Zuzia mówi na niego Gibcio, Gibunia, ja - jak się wkurzę - wołam Gibas, albo Gibulson, Jacek go zwie Mistrzunio, a Ulka - Iciek:-) /no ale Ula ma dopiero 15 miesięcy/. Na każdą ksywkę reaguje bezbłędnie - i muszę się pochwalić - mnie najbardziej kocha, słucha i daje się miętosić namiętnie /ale dobrze wie skubany, że ja też go uwielbiam/. Gibek został również wykastrowany, dostał własny zestaw /kosz, kuweta, miseczki/, jednak strasznie zrobił się bezczelny i używał Lilusiowego kosza, kuwety /ku oburzeniu Lilusi/, a nawet wyżerał jej z miseczki.
Tak najczęściej wyglądały moje poranki:-))) - widzicie te mordki? "ale o co kaman?"
Tutaj wspólne spanko - popołudniowa sjesta:-)
I tak sobie mieszkaliśmy razem /Lilusia nadal zwiewała i codziennie musiałam po nią chodzić, Gibcio natomiast nie wystawiał nosa za balkon/, aż zaczął krążyć nade mną bocian i pojawiła się wizja wyjazdu do Anglii. Szukałam dobrych domów dla moich pieszczochów, Lilusia trafiła do kochającej rodziny /znajomi kumpeli/ mieszkającej pod Gliwicami w domu z ogrodem, ponoć żyje sobie jak pączek w maśle /kumpela sprawdzała i dawała mi znać, bo ją męczyłam:-)/. A Gibcia nikt nie chciał przygarnąć, więc mimo protestów rodziny i znajomych /no co ty - małe dziecko i kot!/, Gibcio dostał paszport, chipa i wszelkie potrzebne szczepionki włącznie z badaniem krwi /nie pytajcie ile to kosztowało:-)/. Zdecydowałam, że pojedziemy wszyscy razem wynajętym busem /przewożącym cały mój dobytek/, bo po pierwsze - boję się latać , w dodatku z małym dzieckiem, a po drugie -martwiłam się o Gibulsona. I tak Gibcio trafił na Wyspy, ma duży ogródek do biegania, a najlepsze... tak sie rozkręcił, że śmiga po całej okolicy, czym znów mnie przyprawia o gęsią skórkę. Ale i tak przychodzi na wieczorne przytulanki do swojej pańci, którą kocha bezgranicznie - widzę to w tych pięknych kocich oczach. Zresztą jest to miłość obustronna:-) Jest niesamowicie inteligentny, potrafi z mojej twarzy wyczytać, kiedy może wejść na kolana, kiedy przeskrobie i jest nie halo:-) uwielbia słowo "kiełbaska" i wtedy może sobie połamać łapki w locie - mowa o kiełbaskach dla kotów, a grzechot ulubionych chrupek przyciąga go do domu niewiadomo skąd:-)))
I tak sobie żyjemy, Gibcio jest bardzo grzeczny w stosunku do Uli, pozwala się dotykać, no - czasem pociągnąć lekko za ogonek, a nawet biega wokół niej po ogródku i podpuszcza, żeby Ulka go goniła:-) Tęsknię trochę za Lilusią ale powtarzam sobie, że jest szczęśliwa, a ja już nie miałam siły biegać po schodach z powiększającym się brzuszkiem, żeby ją przynosić z wypadów.
Tu Gibcio jeszcze w Polsce:-)
Gibcio z pańcią podczas wieczornych przytulanek:-) /właśnie odpływa ze szczęścia/
Na koniec tylko dodam, że planowałam mieć psa, a wyszło kocio:-) i teraz nie mogę Gibciowi robić konkurencji:-)
Pozdrawiam Wszyskich serdecznie, mam nadzieję, że dobrnęliście do końca bez zasypiania:-)
malaala - dziękuję za słowa pociechy, o Elizie jeszcze napiszę /poszła w dobre ręce/, a to czerwone z dołu to ulubione śmiganko Ulki:-) buziaki:-)
Basiu - dziękuję bardzo, hm - jak tu nie zakochać się w takiej buźce?:-) polecam - warto zafundować sobie takie Cudo, jeden uśmiech i objęcie malutkimi rączkami - a od razu znikają wszystkie smuteczki i zmęczenie:-)))
Theli - dzięki, no właśnie - Gibcio też tak uważa, że mu do twarzy, przepraszam - do pyszczka:-) o kurcze - nie mogę Ci dodać komentarza na Twoim blogu - co robię nie tak? zawiesza mi sie strona...
Pimposhko - dziękuję Ci:-) ano widzisz - mamy kota:-)
niedziela, 3 kwietnia 2011
Poprawiłam:-)
Ehhhh, przepraszam... kilka razy poprawiałam, wklejałam... w końcu Jacek pokazał mi jak się zmniejsza, poprawia, eksportuje... i wreszcie się udało:-) mam nadzieję Kochane, że teraz zobaczycie moje fociny:-)
A żeby nie było tak łyso dzisiaj, pokażę postępy z tuniką z Elizy:-)
No tak - tutaj Gibcio rozwalił się na pancinej robótce:-)
A tutaj po dzisiejszym dłubaniu w trakcie jazdy samochodem:-) prawie cały kadłubek ale zabrakło mi włóczki, bo se kurde nie wzięłam dodatkowego motka:-(
Ale najbardziej się zdenerwowałam, jak dziś w świetle dziennym zauważyłam, że włóczka ma różne odcienie... i tym sposobem mam poniżej pas z granatową nitką, a wyżej i niżej z czarną... tiam, tak to jest jak się robi po nocach... /czyli 3 motki czarnej i jeden granatowej - padaka.../
w dodatku po powrocie do domu wyciągnełam wszystkie motki jakie mam - i...... są i takie i takie... no załamka normalnie!!! ugh, ale się wpieniłam - i tak zamówiłam tę włóczkę w zeszłym roku przez neta... wiem, że mi zostało półtorej motka jednego koloru ale zostało po 2 i 4 w różnych odcieniach... czyli dostawca mnie puścił w trąbę... nie pamiętam dokładnie gdzie zamówiłam, bo kupowałam w kilku sklepach internetowych więc nie będę strzelać i wieszać psów na nikim bez pewności...
Na dziś tyle, obowiązki domowe wzywają:-)
Pozdrawiam Wszystkich zaglądających serdecznie:-)))
A żeby nie było tak łyso dzisiaj, pokażę postępy z tuniką z Elizy:-)
No tak - tutaj Gibcio rozwalił się na pancinej robótce:-)
A tutaj po dzisiejszym dłubaniu w trakcie jazdy samochodem:-) prawie cały kadłubek ale zabrakło mi włóczki, bo se kurde nie wzięłam dodatkowego motka:-(
Ale najbardziej się zdenerwowałam, jak dziś w świetle dziennym zauważyłam, że włóczka ma różne odcienie... i tym sposobem mam poniżej pas z granatową nitką, a wyżej i niżej z czarną... tiam, tak to jest jak się robi po nocach... /czyli 3 motki czarnej i jeden granatowej - padaka.../
w dodatku po powrocie do domu wyciągnełam wszystkie motki jakie mam - i...... są i takie i takie... no załamka normalnie!!! ugh, ale się wpieniłam - i tak zamówiłam tę włóczkę w zeszłym roku przez neta... wiem, że mi zostało półtorej motka jednego koloru ale zostało po 2 i 4 w różnych odcieniach... czyli dostawca mnie puścił w trąbę... nie pamiętam dokładnie gdzie zamówiłam, bo kupowałam w kilku sklepach internetowych więc nie będę strzelać i wieszać psów na nikim bez pewności...
Na dziś tyle, obowiązki domowe wzywają:-)
Pozdrawiam Wszystkich zaglądających serdecznie:-)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)